Wiaduktu nie będzie

Share

Po protestach grupy mieszkańców władze PKP definitywnie odstąpiły od planów budowy wiaduktu drogowego nad torami w Celestynowie. Tym samym nie będzie likwidowany przejazd kolejowy w ul. Jankowskiego. – Obawiam się, że po modernizacji linii kolejowej i wzroście liczby kursów pociągów przejazd o wiele częściej będzie zamknięty, a to oznacza, że mieszkańcy utkną w korkach – przyznaje wójt Celestynowa Witold Kwiatkowski

obciagTo już pewne. W Celestynowie nie będzie wiaduktu drogowego nad torami. Taką wiadomość nowym władzom gminy oraz mieszkańcom przekazali prze-dstawiciele władz PKP podczas spotkania, które odbyło się w  środę, 11 marca w Urzędzie Gminy Celestynów. – Wobec stanowczych protestów mieszkańców wycofaliśmy się z planów budowy wiaduktu drogowego w Celestynowie. Zgodnie z państwa oczekiwaniami nie będzie likwidowany przejazd kolejowy w ul. Jankowskiego, który w ramach modernizacji linii kolejowej Warszawa-Dorohusk będzie przebudowany. Z krajobrazu zniknie również kładka nad peronami. Zastąpi ją przejście podziemne pod torami – mówił podczas spotkania Kazimierz Peryt, dyrektor ds. kontaktów społecznych.

Przypomnijmy, że wiadukt miał powstać w ciągu ulic Wojska Polskiego i Św. Kazimierza. Proponowana lokalizacja spotkała się jednak ze stanowczym protestem zwłaszcza grupy mieszkańców będących właścicielami gruntów, na których obiekt drogowy miałby być budowany, oraz sąsiadu-jących z nim. – Mieszkańcy na tyle skutecznie zaczęli nam blokować prace nad opracowaniem dokumentacji projektowej, że nie mieliśmy innego wyjścia jak zrezygnować z budowy wiaduktu. Ze względu na środki unijne, które będą zaangażowane w modernizację linii, nie możemy sobie pozwolić na dalsze opóźnienia w harmonogramie prac – wyjaśniała dyrektor projektu Anna Gołąb.

O ile informacja o odstąpieniu od budowy wiaduktu ucieszyła część obecnych na spotkaniu mieszkańców, to ich zdania nie podzielił nowy wójt Celestynowa Witold Kwiatkowski. Zwrócił on uwagę na to, że po modernizacji linii kolejowej prędzej czy później wzrośnie częstotliwość liczby kursów pociągów, a co za tym idzie przejazd kolejowy będzie częściej zamykany. – Powinniśmy pamiętać o tym, że tory dzielą Celestynów na pół. Po jednej stronie mieszka trzy i pół tysiąca mieszkańców, a po drugiej dwa tysiące. Ci ludzie codziennie nawet po kilka razy będą musieli przejeżdżać przez tory w drodze do sklepów, urzędu czy dowożąc dzieci do szkoły. Już dziś na przejeździe tworzą się ogromne korki, w których mieszkańcy tracą czas i pieniądze. Można się spodziewać, że po modernizacji linii kolejowej pociągów będzie jeździć więcej – przejazd będzie częściej zamknięty. Tym samym tory będą jeszcze bardziej dzielić obie strony Celestynowa. Możemy jeszcze ża-łować w przyszłości, że ten wiadukt nie powstanie – przekonywał wójt Celestynowa. 

Pusia znowu porwana!

Share

Ta psinka nie ma szczęścia w życiu! Pusia, czyli rasowy pekińczyk o lwim wyglądzie, niedawno została uprowadzona. Kilka dni temu wróciła do domu. Przywiozła ją policja. Jednak suczka długo nie cieszyła się wolnością, bo w poniedziałek znowu została porwana... „Linii Otwockiej” jako jedynej udało się ustalić, gdzie teraz jest piesek i jak naprawdę wyglądało uprowadzenie Pusi

pusia2Pusia, a raczej Fibi, bo tak nazwała ją pierwsza właścicielka, do której udało nam się dotrzeć, to prawdziwa psia ślicznotka, uwielbiana i rozpieszczana zwłaszcza przez dzieci. W poprzednim numerze pisaliśmy o jej porwaniu, które zlecił jeden z mieszkańców regionu otwockiego. Fibi szukała policja, która szczęśliwie ją odnalazła, a nawet odwiozła do 70-letniego właściciela Adama Wojdasia, mieszkańca Gliny w gminie Celestynów. Jednak psinka zbyt długo nie cieszyła się wolnością, bo kilka dni później, kiedy spała w łóżku pana... znowu została porwana!

W domu pana
Suczka miała na początku wiele szczęścia, bo jako szczeniak została kupiona przez rodzinę z dziećmi. Zamieszkała z nimi w domu w regionie garwolińskim. - To była mała, ruda kuleczka z mordką gremlinka, która urzekła nas wszystkich. Córka ją od razu pokochała i nie odstępowała ani na krok – wspomina pani Iwona, pierwsza właścicielka Fibi. Psinka żyła jak w raju. Do czasu…. - Czar prysł, gdy na skórze córki pojawiło się uczulenie tak silne, że swędzące plamy zamieniały się w rany. Okazało się, że córka ma alergię na zwierzęcą sierść – mówi pani Iwona. - Nasza kochana psinka w okresie letnim mieszkała na podwórku. Jednak zimą, z uwagi na jej rasę i delikatność, zabierałam ją do domu. Musiałam wreszcie podjąć trudną decyzję. Nasza Fibi musiała trafić do nowego domu – mówi jej pierwsza właścicielka.

Fibi porwana drugi raz
Pół roku temu Fibi znalazła nowego pana. - Na bazarze wiele razy spotykałam mężczyznę, który opowiadał o tym, że był kiedyś marynarzem, że teraz jest samotny, że kocha zwierzęta – mówi pani Iwona, która trochę naiwnie uwierzyła mężczyźnie i oddała mu Fibi, choć, jak sama przyznaje, tylko na pewien czas. - Pan Adam wyglądał na porządnego człowieka, zapewniał o dobrych warunkach, że będzie się opiekował sunią. Więc przekazałam mu psinkę, nie biorąc za to pieniędzy, bo nie zależało mi na gotówce. Za wszelką cenę chciałam, aby trafiła do kochającego i odpowiedzialnego właściciela. Dlatego miała u niego być tymczasowo, do czasu, aż upewnię się, że jest jej tam dobrze – tłumaczy pani Iwona.

Niepokojące telefony
Pierwsza właścicielka Fibi często dzwoniła do pana Adama. - Na początku nic nie wzbudzało moich podejrzeń, ale kiedy zadzwoniłam kolejny raz, pan Adam był pijany, bełkotał coś o tym, że piesek ma się dobrze i że biega po podwórku. Po następnych rozmowach telefonicznych zaczęłam się naprawdę martwić, bo opiekun Fibi był ciągle pijany – tłumaczy pani Iwona. - Po jakimś czasie pan Adam zadzwonił i powiedział, że suczkę ktoś ukradł, ale już się znalazła. Znowu był pijany. Nie zwlekałam dłużej i pojechałam do niego z koleżanką – wyjaśnia kobieta.

W poniedziałek, 2 lutego pani Iwona zapukała do drzwi pana Adama, który znowu był pod wpływem alkoholu. - W domu śmierdziało, wszędzie walały się śmiecie. Rozpaczliwie zawołałam moją suczkę. Po chwili szczęśliwa, ruda i wychudzona kulka przytulała się do mojego serca, a mi w oczach zakręciły się łzy. Nie mogłam uwierzyć, że zgotowałam mojej Fibi taki okropny los – przyznaje ze smutkiem pani Iwona.

Kobieta stwierdziła, że nie zostawi pieska w takich warunkach. - Pan Adam nie dotrzymał obietnicy, nie opiekował się nią tak, jak ustalaliśmy. Nigdzie nie widziałam miski z jedzeniem ani wody, dlatego ją zabrałam. Miałam do tego prawo, bo Fibi była
u niego tymczasowo – tłumaczy pani Iwona.

Chcę, żeby suczka wróciła
pusia3- Do mojego domu przyjechały dwie kobiety i zabrały moją Fibi. Nie miały prawa mi jej zabierać, to moja suczka, dostałem ją i tu jest jej miejsce, ona jest moja – mówi zbulwersowany pan Adam, emerytowany marynarz. - Pod koniec poprzedniego roku jeden
z okolicznych mieszkańców ukradł mi ją. Zgłosiłem porwanie na policję i na szczęście funkcjonariusze z Celestynowa odnaleźli ją, a nawet przywieźli do domu. Bardzo im dziękuję za pomoc w odnalezieniu Fibi. Najgorsze jest to, że teraz znowu porwali mi suczkę. Fibi jest taka kochana. Karmiłem ją rosołkiem i wołowinką.

W ciągu dnia uwiązywałem na długiej smyczy, żeby sobie pobiegała. Czasami spała w komórce, ale zazwyczaj była w domu, ze mną w łóżku – podkreśla pan Adam. Mężczyzna twierdzi, że nie zna kobiet, które ukradły Fibi. - Kiedy biegłem za nimi, to przewróciłem się i rozbiłem sobie głowę. One wsiadły do samochodu i odjechały – wspomina pan Adam. - Teraz znowu zgłoszę kradzież na policję. Chcę, żeby Fibi wróciła do mnie, ona jest moja, przecież dobrze się nią opiekowałem – zapewnia niezbyt trzeźwy pan Adam.

W nowym domu
Gdzie jest teraz Fibi? - Nie mogłam jej zabrać do domu, mimo że serce pękało mi z żalu. Tym razem starannie wybrałam nowych właścicieli dla suczki. Osobiście zawiozłam ją do nowej rodziny – tłumaczy pani Iwona. „Linia Otwocka” również spra-wdziła, co dzieje się z Fibi. Suczka mieszka w regionie otwockim, a rodzina, która przygarnęła ją pod swój dach, bardzo ją kocha. - Pierwszego dnia wykąpaliśmy ją w szamponie przeciw pchłom i daliśmy smakołyki. Fibi tryska energią, jest taka pocieszna i śpi ze mną w łóżku. Kocham ją i chcę, żeby została z nami na zawsze – mówi trzyletnia Malwina, przytulając Fibi. Suczka wygląda na szczęśliwą, ale jeszcze nie wiadomo, jaka czeka ją przyszłość. Niewykluczone, że to organy ścigania będą musiały rozstrzygnąć spór o to, kto będzie pra- wowitym opiekunem Fibi.

Szafki w szkole, uczniom lżej

Share

Od tygodnia dzieci ze Szkoły Podstawowej im. Batalionu „Zośka” w Celestynowie mogą korzystać z nowych szafek szkolnych. – Poza ubraniem wierzchnim uczniowie mogą w nich zostawiać również książki i przybory szkolne – mówi dyrektor szkoły Anna Kędziorek

szafki2Już dwa lata temu minister edukacji zobowiązał szkoły do tego, by zapewniły uczniom miejsce, gdzie mogą zostawić część podręczników czy przyborów szkolnych. Niektóre szkoły wygospodarowały miejsce na szafki w salach lekcyjnych. W celestynowskiej podstawówce rozwiązaniem problemu ciężkich tornistrów są nowe szafki, które placówka zakupiła i zamontowała podczas ferii zimowych.  

W głównym holu szkoły oraz w miejscu szatnianych boksów stanęły 504 metalowe kolorowe szafki. Każda jest zamykana na indywidualny kod. Uczniowie mogą pozostawiać w nich obuwie, okrycia wierzchnie, a co najważniejsze, również książki i przybory szkolne. - Jeśli uczniowie nie mają zadanej pracy domowej, mogą zostawić podręczniki w szkole. W szafce mogą również przechowywać inne rzeczy, m.in. farby, kredki i bloki rysunkowe. Dzięki temu ich tornistry mogą być w końcu lżejsze. Zakup szafek to koszt 86 tys. zł – mówi w rozmowie w „Linią” dyrektor szkoły Anna Kędziorek.

Uczniowie nie ukrywają zadowolenia z nowego wyposażenia. – To fajny pomysł, taki trochę jak z amerykańskich filmów. Najważniejsze, że w szafkach możemy zostawiać nie zawsze nam potrzebne książki czy zeszyty. Przechować w nich możemy również prace na plastykę, których teraz już nie musimy nosić ze sobą przez cały dzień – podkreślają zapytane przez nas uczennice z 6b.

Dzięki nowym szafkom jest nie tylko wygodniej, ale i bardziej estetycznie. Zastąpiły one stare szatnie wykonane z metalowych kątowników i siatki ogrodzeniowej. Po ich rozebraniu, zamontowaniu nowych szafek oraz pomalowaniu ścian szkolny hol stał się jaśniejszy. Dodatkowo estetyki wnętrzu dodają kolorowe motywy graficzne zdobiące drzwiczki szafek.

To niejedyne zmiany, jakie miały miejsce w ostatnim czasie w celestynowskiej placówce. - Przy okazji montażu szafek odmalowano nie tylko główny hol i wymieniono parapety, ale również odmalowano świetlicę szkolną, gdzie również wymieniono parapety. Jeszcze wcześniej udało nam się wyremontować cztery sale lekcyjne, z których korzystają najmłodsi podopieczni, czyli uczniowie klas „zerowych”. Zakupiliśmy do nich oraz do świetlicy nowe dywany. Trwa również wymiana oświetlenia na energooszczędne. W szkole jako pierwszej z placówek oświatowych na terenie gminy, tradycyjne lampy zastępujemy ledowymi. Do tej pory wymieniliśmy ponad 50 lamp. Kolejne 57 wymienimy w najbliższym czasie – wylicza Anna Kędziorek. – W wielu pracach pomagają nam rodzice, za co jesteśmy bardzo wdzięczni. Rodzice uczniów z klasy 6a, w akcie dobrej woli, ułożyli panele w sali nr 28, ponadto jeden z rodziców usprawnił działanie szkolnego dzwonka. Teraz już zegar uruchamia dzwonek, dając znak do zaczynania i kończenia zajęć lekcyjnych. Ogromne podziękowania składam rodzicom za pomysł zakupu ze środków Rady Rodziców suszarek do rąk do łazienek dla najmłodszych uczniów, które sprawdzają się bardzo dobrze. W niedługim czasie suszarki będą zakupione do wszystkich uczniowskich łazienek – dodaje nasza rozmówczyni.

Szkoła może również pochwalić się wieloma sukcesami w ogólnopolskich konkursach, i to nie tylko tych edukacyjnych. W jednej z ostatnich edycji konkursu „Wzorowa łazienka”, organizowanego przez firmę Unilever Polska, internauci wysoko ocenili prace plastyczne celestynowskich uczniów, dzięki czemu szkoła została nagrodzona rocznym zestawem środków higienicznych.   

Granat w kościele

Share

Radziecki granat przeciwczołgowy znaleziono w kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Celestynowie. Na pozostałość po II wojnie światowej natrafili robotnicy podczas wykonywania prac remontowych w świątyni

gran1Chwile grozy przeżyli robotnicy pracujący przy remoncie wnętrza celestynowskiej świą- tyni. Podczas zrywania podłogi chóru znaleźli wojskowy granat ukryty pod drewnianymi deskami.

– Odrywając deskę po desce, nagle zauważyliśmy przykurzony przedmiot przypominający wyglądem granat ręczny. Ostrożnie znieśliśmy go po schodach na dół, a następnie powiadomiliśmy o znalezisku księdza proboszcza – relacjonują w rozmowie z „Linią” członkowie ekipy remontowej. Ksiądz Mirosław Wasiak o niebezpiecznym znalezisku powiadomił funkcjonariuszy policji. Ci z kolei zawiadomili saperów z I Warszawskiej Brygady Pancernej stacjonującej w Wesołej. Saperzy po- twierdzili, że znaleziony przez robotników granat pochodzi z czasów II wojny światowej. – Według saperów granat, który znaleźliśmy, to radziecki ręczny granat przeciwpancerny RGP-40. Ze względu na to, że leżał on pod deskami, w stosunkowo suchym miejscu, był on niemal w idealnym stanie – podkreślają nasi rozmówcy.

– Dlaczego i kto skrył niebezpieczną broń pod podłogą chóru? Na to pytanie raczej będzie trudno znaleźć odpowiedź zwłaszcza, że od zakończenia II wojny światowej w tym roku minie dokładnie 70 lat i już coraz mniej świadków tych wydarzeń żyje.

– Świątynia została wybudowana jeszcze przed II wojną światową i każdy, kto miał do niej dostęp, mógł ukryć w niej granat. Kto nim był? Pewnie nigdy się nie dowiemy – mówi w rozmowie z „Linią” ks. proboszcz Mirosław Wasiak.

- Najprawdopodobniej jest to pozostałość po obecności na tym terenie Armii Czerwonej, która w okresie od końca lipca 1944 roku do stycznia 1945 roku stacjonowała w naszych okolicach. Zapewne ktoś z miejscowych znalazł zgubiony przez sowietów granat i schował go na „czarną godzinę” w jego ocenie najbardziej bezpiecznym miejscu, jakim mógł być właśnie kościół. Celestynowskie lasy były również miejscem wielu zwycięskich akcji Armii Krajowej, a więc takich „niebezpiecznych pamiątek” na tym terenie z pewnością jest wiele – słyszymy z kolei od Huberta Trzepałki, miłośnika militariów. - Nie można również wykluczyć, że granat do w świątyni podrzucono już po zakończeniu działań wojennych – dodaje nasz rozmówca.

Zardzewiała śmierć ciągle groźna!
Saperzy radzą: kategorycznie nie wolno podnosić, odkopywać, wrzucać do ogniska ani do miejsc takich jak stawy czy głębokie rowy znalezionych niewybuchów! Gdy mamy wątpliwość co do znalezionego przedmiotu, zawsze zawiadamiamy o nim policję! Warto pamiętać, że materiał wybuchowy stosowany w technice wojskowej w praktyce jest całkowicie odporny na działanie wszelkiego rodzaju warunków atmosferycznych i niezależnie od daty produkcji zachowuje swe właściwości wybuchowe. Dlatego miejsce znalezienia niewybuchu należy w sposób wyraźny oznaczyć, zabezpieczyć przed dostępem osób postronnych i niezwłocznie przekazać informację o znalezisku policji. Zgłaszając takie zdarzenie, należy precyzyjnie określić miejsce odnalezienia, podać, co zostało znalezione, opisać wygląd, ogólne gabaryty i ilość, przekazać telefon i adres kontaktowy do osoby informującej o znalezisku. Obowiązkiem policji jest przyjęcie informacji o zdarzeniu, wysłanie na miejsce zdarzenia patrolu w celu zebrania dodatkowych, szczegółowych informacji związanych ze zdarzeniem oraz zabezpieczenie miejsca ujawnienia niewypału lub niewybuchu. Policjanci powiadamiają również patrol saperski oraz, w zależności od zaistniałej sytuacji, inne służby i inspekcje. W razie potrzeby w trybie alarmowym kierują na miejsce zdarzenia dodatkowych funkcjonariuszy.

Granat przeciwpancerny RPG-40

  • Przyjęty do uzbrojenia w 1940 roku, używany głównie przez Armię Czerwoną i Wojsko Polskie. Granat posiadał zapalnik uderzeniowy w odróżnieniu od F1 i RG-42 wybuchał w momencie trafienia w przeszkodę. Wybuch granatu wybijał w pancerzu o grubości do 20 mm otwór o małej średnicy. W grubszym pancerzu powodował tylko wgniecenie, od którego odrywały się drobne odłamki rażące wnętrze pojazdu. Pole rażenia powstających przy wybuchu fragmentów granatu sięgało 25 metrów. Granat używany był nie tylko do walki z pojazdami opancerzonymi, ale także do niszczenia umocnień i przeszkód terenowych (siła wybuchu odpowiadała wiązce pięciu granatów RGD-33). RPG-40 pozostał podstawowym granatem przeciwpancernym RKKA aż do końca wojny.

Woźna przeprasza za głupi żart

Share

Jej zachowanie wstrząsnęło wszystkimi. Jak to możliwe, że pracownik przedszkola zakleja dziecku usta taśmą?! Sprawę skandalu w przedszkolu w Starej Wsi bada prokuratura, a woźna Hanna przerywa milczenie. Przekonuje, że dziecko samo chciało być zaklejone i że to w ogóle była tylko głupia zabawa. Sugeruje, że została kozłem ofiarnym. Jaka jest prawda? To ustali prokuratura

piec3Skandal w przedszkolu wywołał lawinę komentarzy wśród rodziców. Tydzień temu przedstawiliśmy artykuł dotyczący woźnej, która zakleiła usta 4-letniemu Krzysiowi taśmą biurową. Chłopiec prosił o dokładkę podczas obiadu. Kilka dni temu woźna, pani Hanna, nie chciała wytłumaczyć, dlaczego dopuściła się tak bulwersującego zachowania. Teraz jednak przerwała milczenie. Przedstawiamy jej wersję tego, co wydarzyło się na początku grudnia 2014 r. w przedszkolu.

- Podczas obiadu dzieciaki dokazywały, jak to przedszkolaki. Pracownicy przedszkola często żartowali z nimi, że jeśli nie będą grzeczne, to zaklei im się buzię, ale to zawsze miało żartobliwy wydźwięk i nigdy nie było formą karania dziecka – tłumaczy pani Hanna. - Tego dnia podczas obiadu była podobna sytuacja. Przedszkolaki jadły i trochę wygłupiały się. Nie chciałam, aby któreś dziecko się zachłysnęło, więc próbowałam je uspokoić, ale bez nerwów. Dlatego obróciłam sytuację w żart i zapytałam, „komu zakleić buzię?”. Wtedy z krzesełka poderwał się Krzyś i zgłosił się do zabawy. Wzięłam mały kawałek taśmy i zakleiłam mu usta. Krzyś nie płakał, wręcz wygłupiał się i rozśmieszał dzieci. To wszystko działo się na oczach wychowawczyni, która była na sali – twierdzi pani Hanna.

Nie było wewnętrznego śledztwa
Kobieta bije się w pierś i przeprasza za głupi żart. - Wiem, że źle zrobiłam, ale zrozumiałam to dopiero po fakcie. Zaklejanie dziecku ust taśmą nie powinno w ogóle się wydarzyć ani w formie zabawy, ani jako forma kary – tłumaczy ze łzami w oczach pani Hanna, przyznając, że właśnie to najbardziej zbulwersowało wielu rodziców. - Przeprosiłam rodziców chłopca, wyjaśniłam wszystko dyrekcji, ukorzyłam się, a tak-że poniosłam konsekwencje swojego działania – dodaje.

Pani Hanna ma jednak wątpliwości co do tego, co się potem działo. - Nie rozumiem, dlaczego rodzice Krzysia od razu nie przyszli do mnie ani do dyrekcji, aby wyjaśnić sprawę. Dopiero po tygodniu zareagowali. W tym czasie Krzyś uczęszczał do przedszkola. Był taki jak zwykle, zabawny, radosny i energiczny. Nikt z pracowników nie zauważył, aby działo się z chłopcem coś złego. Gdyby zaklejenie buzi było dla niego traumą i wywołało negatywne skutki psychologiczne, Krzyś nie byłby pogodnym dzieckiem i nie chciałby się bawić,
a przede mną zapewne by uciekał.

parowkaA on, tak jak inne dzieci, szukał ze mną kontaktu, mimo że zostałam przeniesiona do innej grupy. Wystarczy zapytać dzieci o to, co się wtedy wydarzyło. Dlaczego dyrekcja nie wszczęła własnego wewnętrznego śledztwa? Wszystkie wyjaśnienia i późniejsze działania miały miejsce za moimi plecami. Miałam tylko jedną szansę, aby wytłumaczyć się i przeprosić rodziców podczas spotkania z dyrekcją przedszkola. Potem już nikt nie prosił mnie o wyjaśnienia, nawet w urzędzie gminy. Od razu przyklejono mi etykietkę złej woźnej, która skrzywdziła dziecko. To przecież nieprawda – broni się pani Hanna.

Zostałam kozłem ofiarnym
Kobieta ma żal o to, że nikt nie stanął w jej obronie, czuje się wykorzystana. - Byłam dobrym i sumiennym pracownikiem. Zależało mi na przedszkolu i maluchach, tym bardziej, że sama jestem matką dwójki dzieci – podkreśla. - Wiele razy poświęcałam się, a teraz zostałam kozłem ofiarnym – dodaje.

Jej zdaniem pani Janina, wy-chowawca grupy Krzysia, nie mówi prawdy. Kilka dni temu nauczycielka zapewniała „Linię”, że w chwili zdarzenia nie było jej na sali, że wtedy wyszła do łazienki. Pani Hanna twierdzi jednak, że nauczycielka była na sali, mogła zareagować, a jednak nic nie zrobiła. - Teraz każdy umywa ręce, a mnie obrzuca się błotem. Stałam się kozłem ofiarnym - powtarza.

Z pewnością dla prokuratora nie będzie to łatwa sprawa,  bo rodzice i pracownicy przedszkola przedstawiają skrajnie różne wersje zdarzeń, które jednocześnie nie są spójne z tym, co mówią woźna i wychowawczyni. Dotychczas prokurator przesłuchał rodziców Krzysia i niektórych pracowników. W poniedziałek, 9 lutego pani Hanna złoży wyjaśnienia w Prokuraturze Rejonowej w Otwocku.  

Rodzice interweniowali tuż po zdarzeniu

  • Zapytaliśmy mamę Krzysia o to, kiedy zgłosiła sprawę w przedszkolu. - Dwa dni po tym, jak mojemu synkowi zaklejono buzię taśmą, poszłam do drugiej wychowawczyni z grupy Krzysia i przedstawiłam całą sprawę. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć, ale chciałam to wyjaśnić. Reakcja przedszkola trwała kilka dni, dlatego wyglądało to tak, jakbym dopiero po tygodniu zainteresowała się sprawą. To nieprawda. Dodam, że za każdym razem, kiedy byłam w przedszkolu, woźna unikała kontaktu, wręcz uciekała przede mną. Wydawało mi się, że to pani Hanna powinna chcieć wyjaśnić sprawę, przeprosić, cokolwiek powiedzieć, ale ona chyba nie chciała ze mną rozmawiać. To było bardzo przykre – tłumaczy pani Dorota.

To nigdy nie powinno wydarzyć się w przedszkolu

neckiZapytaliśmy prof. dr hab. Zbigniewa Nęckiego, eksperta w dziedzinie psychologii społecznej o to, jaki wpływ może mieć na dziecko to, co wydarzyło się w przedszkolu w Starej Wsi.

To karygodne, niedopuszczalne i nieodpowiedzialne, aby pracownik przedszkola zakleił dziecku buzię. To się nigdy nie powinno wydarzyć w placówce, w której dziecko powinno czuć się bezpieczne. Pracując z przedszkolakami, pracownik musi posiadać takie cechy jak cierpliwość, opanowanie, troskliwość, odpowiedzialność czy spostrzegawczość i umiejętność łatwego porozumiewania się z dziećmi. Być może w przedszkolu w Starej Wsi nie wszyscy pracownicy posiadają takie cechy, ale o tym, jaka jest zatrudniona kadra, decyduje dyrekcja placówki czy urząd gminy. Poza tym woźna dba o czystość, porządek, ma inne obowiązki niż wychowawca i w żaden sposób nie powinna wchodzić w rolę pedagoga. W przedszkolu w Starej Wsi woźna przekroczyła pewne granice, nie mając odpowiedniego wykształcenia. Działania każdego z pracowników przedszkola, nawet woźnej, może mieć duży wpływ na niedojrzałą jeszcze psychikę kilkuletniego dziecka. Zaklejenie ust przedszkolakowi - niezależnie, czy była to forma żartu, czy świadomego działania – może mieć destrukcyjny wpływ na dziecko, szczególnie wrażliwe dziecko, mimo że dla dorosłego wygląda to na niewinne działanie. Chłopiec, któremu zaklejono usta, nawet jeśli tego nie pokazał po sobie, mógł poczuć się upokorzony, wyśmiany przez rówieśników, mógł mieć nawet wrażenie, że za chwilę zacznie się dusić albo umrze. Stresujące sytuacje często wywołują w dzieciach różne reakcje. Chłopiec nie został skrzywdzony fizycznie, nikt go nie pobił, ale takie doświadczenie obniża własną wartość i prowadzi do lęków, a nawet neurotycznych zachowań. Zaklejenie buzi przedszkolakowi to pewien rodzaj przemocy, nawet jeśli było to formą żartu. Dużo poważniejsze skutki psychiczne mogłoby to spowodować, jeśli byłaby to forma ukarania.

Kalendarz imprez - najblizsze wydarzenia

poprzednim miesiącu kwiecień 2015 następnym miesiącu
P W Ś C Pt S N
week 14 1 2 3 4 5
week 15 6 7 8 9 10 11 12
week 16 13 14 15 16 17 18 19
week 17 20 21 22 23 24 25 26
week 18 27 28 29 30

Najbliższe wydarzenia

Brak wydarzeń

Linia.tv - zobacz nasze relacje

Pogoda

Fair

16°C

Otwock

Fair

Humidity: 36%

Wind: 19.31 km/h

  • 21 Apr 2015

    Partly Cloudy 14°C 3°C

  • 22 Apr 2015

    Partly Cloudy 16°C 3°C

Realizacja: blueform