Ile lat trzeba poświęcić na naukę, żeby grać tak, jak Ty?
- Moja edukacja muzyczna trwała równe 20 lat. Najpierw skończyłem Szkołę Podstawową im. Stanisława Moniuszki w Warszawie, na Kawęczyńskiej. Tam chodził również mój starszy brat, też muzyk, który do pierwszej klasy wstąpił w 1966 roku.
Dzisiaj do tej szkoły chodzi dwójka moich dzieci - Basia i Mikołaj. Obliczyłem, że jeśli mój najmłodszy, aktualnie dwuletni syn Maciek również tam pójdzie i ukończy tę niezwykłą szkołą, to będziemy z nią związani rodzinnie 47 lat!
Po podstawówce była szkoła średnia - muzyczna na Miodowej, muzykologia na ATK i równolegle studia wiolonczelowe na warszawskiej Akademii Muzycznej.
Na muzykologii poznałem żonę. Wzięliśmy ślub tuż po obronie dyplomu i, ponieważ moja żona jest otwocczanką, przeprowadziliśmy się do Otwocka. A było to dziesięć lat temu.
Jak to się stało, że po tak długiej nauce w szkołach muzycznych nie zostałeś "przykładnym" muzykiem klasycznym?
- Muzyka klasyczna nigdy nie była moim głównym zainteresowaniem. Jakoś przedwcześnie zetknąłem się z nurtami "zakazanymi" w szkołach muzycznych, typu jazz, rock, awangarda. W dodatku poszedłem do takiego specyficznego ogólniaka, do "Sorbony", gdzie uczęszczali nietypowi uczniowie. Sportowcy, muzycy, ludzie pracujący albo młodzież, która nie odnalazła się w innych szkołach.
W mojej klasie była m.in. Kayah. Lekcje odbywały się tam trzy razy w tygodniu, co pozwalało mi bez większych obciążeń ćwiczyć i eksperymentować muzycznie.
Ludzie, z którymi się wówczas zetknąłem, wywarli ogromny wpływ na moje zainteresowania.
W szkole muzycznej spotyka łem się z młodzieżą "uładzoną" w "Sorbonie", słuchałem alternatywy, otwierałem głowę na inny świat. Ważne jest to, że niczego nie odrzucałem. Wręcz przeciwnie: odkryłem wolność, jaką daje mi muzyka. To, że łączy różne światy.
Co ukształtowało Twoją drogę?
- W 1980 roku mój brat zaprowadził mnie na Warszawską Jesień. Miałem wtedy 11 lat. Zacząłem słuchać Pendereckiego, Kilara - czyli muzyki pozornie trudnej dla dzieci. Od tamtej pory minęły już 22 lata, a ja co roku chodzę na tę imprezę.
Drugą rzeczą, która na mnie podziałała, był koncert słoweńskiego, industrialnego zespołu Laibach. Poza tym, dzięki łączeniu różnych światów muzycznych, żyłem bardzo intensywnie i to mnie fascynowało.
Na przykład rano grałem Mozarta na lekcjach w Akademii Muzycznej w kwartecie smyczkowym, w południe jechałem na próbę ekstremalnego zespołu alternatywnego, gdzie podpinałem się do pieca i "rzęziłem" na wiolonczeli elektrycznej. Po południu była próba orkiestry szkolnej z Jerzym Maksymiukiem - symfonia Czajkowskiego, a wieczorem w teatrze program rozrywkowy z Maciejem Niesiołowskim i aktorami: Kobuszewskim oraz Opanią.
Na "deser" w ostatnim pociągu do Otwocka mój walkman emitował muzykę elektroniczną.
Wróćmy do tematów otwockich.
Nie dość, że nie planujesz się wyprowadzić, to jeszcze zacząłeś budować dom i aktywnie działasz, wspierając rodzimą sztukę...
- Mam dla kogo budować dom. Co do działań w Otwocku, to nie mam zbyt wiele czasu. Ale rzeczywiście, wielką frajdę sprawia mi uczestnictwo w różnych miejscowych inicjatywach. Zaczęło się chyba od przyjaźni z Komuną Otwock i muzycznego udziału w ich przedstawieniach.
Również reżyser Teatru Miejskiego, Krzysztof Czekajewski, zaprosił mnie do zrobienia muzyki do paru spektakli.
Jak pamiętasz, ostatnio spotkaliśmy się przy okazji pokazu starych bajek w Biuro/ Galerii Komuny.
Świetna impreza. Obiecałeś wtedy, że zdradzisz, skąd masz dwieście bajek na kliszach. To teraz prawdziwy unikat.
- Tak naprawdę w domu znalazłem tylko dwie. Odkurzyłem aparat do wyświetlania, wyświetliłem i na końcu bajki znalazłem warszawski adres wytwórni. Pojechałem tam natychmiast. Był rok 1998. Okaza ło się, że wytwórnia jest przeznaczona do likwidacji. Wykupiłem dwieście bajek, których cena wahała się w granicach 30 - 45... groszy za sztukę. Dwa tygodnie później wytwórni już nie było. Ale to zupełnie inna historia. Wychowuję moje dzieci na tych bajkach i - mówiąc w "skrócie" - sprawdzają się lepiej niż telewizja. Niestety, nie można już kupić ani sprzętu, ani klisz. Impreza u Komuny naprawdę się podobała. Myślimy, żeby ją rozszerzyć i robić cyklicznie.
A teraz wiadomość najważniejsza dla naszych Czytelników: już 11 stycznia w Teatrze Miejskim im. Jaracza wystąpi "Grupa MoCarta"! Skąd jednak pomysł, żeby zagrać o 23.00?
- Powstał projekt, żeby w Otwocku XI Orkiestra wystartowała godzinę wcześniej, niż w innych miastach, czyli o 23.00 dnia poprzedniego.
Przyjdziemy na pewno. Dziękuję za rozmowę.
|
|