Wiolonczelista znanej i coraz bardziej cenionej "Grupy MoCarta" - Bolesław Błaszczyk - tworzy muzykę dla telewizji, ale też do spektakli Komuny Otwock czy Teatru Miejskiego im. Jaracza. Udziela się w Polskim Radiu. Sześć lat koncertował po świecie z międzynarodową orkiestrą.
Na studiach muzycznych poznał swoją żonę Magdę, otwocczankę (fot. wyżej), za którą przyjechał do Otwocka.
Z BOLESŁAWEM BŁASZCZYKIEM rozmawia Anna Olszewska-Krysztofiak
Z Twoim znalezieniem się w "Grupie MoCarta" wiąże się bardzo smutna, ale piękna historia...
- Jestem członkiem zespołu od ponad dwóch lat. Z pozostałymi muzykami znaliśmy się jeszcze ze studiów. Jak to się stało, że to właśnie ja, po tym tragicznym wypadku, w którym zginął Artur Renion, zostałem zaproszony do współpracy? To rzeczywiście niezwykła historia...
Artur miał w domu specjalną tablicę, na której wieszał kartki ze sprawami do załatwienia. Na ostatniej kartce, którą powiesił, było zapisane moje nazwisko i numer telefonu. Po jego śmierci chłopcy wahali się, czy grać dalej, ale tę kartkę uznali za znak. Nie dowiemy się, czego ode mnie chciał. Ale odczytujemy to jako jego wolę.
Zespół zyskał ogromną popularność.
Zbiera liczne nagrody, choćby "Złotą szpilkę", zielonogórskiego "Pingwina z brązu", Grand Prix Festiwalu Dobrego Humoru w Gdyni, Grzebień Stanisława Tyma, nagrodę w Przeglądzie Kabaretów PAKA. Ludzie uwielbiają występy "Grupy MoCarta". Wielkie firmy zapraszają Was na prywatne koncerty.
Taki wielki sukces, a Wy się po prostu bawicie...
- To tylko tak wygląda. Nasze koncerty są przygotowywane w myśl zasady: "Najlepsza improwizacja to taka wykuta na blachę". Pomysły czerpiemy z życia muzycznego. Muzyk często musi tłumić śmiech, kiedy np. coś nie wyjdzie. Wpadki zdarzają się zawsze, trzeba je tuszować.
A my nie tuszujemy, tylko się z nich śmiejemy.
Ale, żeby wszystko dobrze wyszło, musimy dużo pracować. Czasem rzeczywiście coś dodajemy podczas koncertu, bo niesie nas energia, wydzielana przez widownię.
Nie pytaj o przygotowanie aktorskie, bo go nie mamy. To, że sobie radzimy, to zupełny przypadek. Gramy na przykład piętnaście koncertów miesięcznie.
Próby robimy wtedy, kiedy nie mamy koncertów.
U kolegi w domu, bo jako jedyny jest kawalerem.
Porozmawiajmy o płytach, na których można Cię usłyszeć. Podobno zebrała się już cała półka?
- Nie liczyłem tego. Musiałbym się cofnąć do czasów studenckich, kiedy grałem w zespole szantowym. Tam nagraliśmy kilka płyt. Kolejne były przy okazji pracy dla międzynarodowej orkiestry o powalającej nazwie: Philharmonie des Schleswig - Holstein Musik Festival.
W ciągu sześciu lat nagraliśmy... trzydzieści płyt. To była orkiestra złożona z przedstawicieli czterdziestu krajów, przemianowana potem na Filharmonię Narodów.
Zjeżdżaliśmy się gwiaździście do Niemiec z różnych kontynentów, mieliśmy cykl prób. Potem jeździliśmy po świecie i koncertowaliśmy. Zresztą rzeczywiście bardzo nas lubiano. Dla mnie było to oczywiście niezapomnianym przeżyciem, bo zwiedziłem kawał świata, zobaczyłem choćby piramidy, Japonię, Stany, grałem w miejscach, do których nie mógłbym wejść jako "cywil". Coś niesłychanego. Ale były też minusy. Wyjazdy trwały po półtora miesiąca, a ja już miałem dwójkę malutkich dzieci. Moja wspaniała żona Magda, oprócz zawodu muzykologa, musiała zdecydować się na drugi, pochłaniający całkowicie - wychowywanie dzieci. Wracając do płyt, to potem były jeszcze różne projekty alternatywne.
Ale naprawdę nie pamiętam, ile.
Co dzisiaj? Jaki projekt zamknąłeś, nad czym pracujesz?
- Ostatnio spełniło się jedno z moich marzeń: miałem przyjemność wziąć udział w nagrywaniu płyty zespołu "Dezerter".
Niestety, nie mogę wystąpić z nimi na koncertach, ponieważ grają bardzo głośno.
Do projektów, które powstały (ale czekają na realizację) należy album, na którym różni wykonawcy zagrali utwory grupy "Kryzys".
W dwóch zaaranżowanych przeze mnie piosenkach tej legendarnej formacji przepięknie wystąpił Marcin Świetlicki, z którym się zaprzyjaźniłem i powstał plan, żeby zrobić wspólnie płytę. W studiu Izabelin pracujemy nad płytą z "Grupą MoCarta". Wszystko wskazuje na to, że wydamy ją dokładnie 1 kwietnia. Oczywiście przekażę za pośrednictwem "Linii" kilka egzemplarzy z autografami dla Czytelników.
Z góry dziękuję. Jesteś tak utalentowany i aktywny, że nie zdążymy dzisiaj porozmawiać o wielu rzeczach, ale o tym, że sam tworzysz muzykę, powiedzieć musimy.
- Tak naprawdę nigdy nie miałem czasu, żeby się tym "porządnie" zająć. Rzeczywiście udało mi się zrobić muzykę dla telewizji do filmów dokumentalnych i kilku innych przedsięwzięć. Swoją twórczość fortepianową nagrywam na płytę, ponieważ chcę ją zdokumentować. Krążek najprawdopodobniej wydam i będzie do kupienia w Internecie. Być może również w którejś z otwockich księgarni...
Czy grasz klasykę, czy muzykę alternatywną, najczęściej pozostajesz wierny wiolonczeli. Ile to już lat?
- Zacząłem grać na wiolonczeli, gdy miałem sześć lat. Jestem jej wierny, choć staram się ją zmuszać do grania różnych gatunków muzyki. Już pod koniec podstawówki zacząłem grać w zespole jazzowym.
Potem zaczęła się cała historia z kilkunastoma różnymi grupami, mniej lub bardziej alternatywnymi, rockowymi. Grałem na wiolonczeli, robiłem dźwięki elektroniczne, trochę udzielałem się wokalnie. Fajnie bawiliśmy się w Grupie MM, gdzie prócz 4 muzyków był aktor, mim, tancerka, wokalistka i dziewczyna realizująca filmy puszczane w czasie występów, malująca też podczas nich na żywo plastyczne wariacje dźwięków. Było oczywiście wiele przeglądów, koncertów, festiwali.
|
|